Na językach, dzień drugi - Via Ferrata PDF Skriv ut E-post
Publikasjoner - Beretninger
Skrevet av Artur Dziuba   
tirsdag 12. august 2014 21:07
There are no translations available.

Drugiego dnia wyprawy po ponad 22 kilometrowym spacerze w deszczu, wietrze, śniegu i błocie, wdrażamy plan zdobycia Trolltunga w trochę inny sposób. Wybieramy przejście przez Via Ferrata, czyli szlak turystyczny wyposażony, dla celów asekuracji, w stalową linę, stopnie, bądź też drabinki. Po przybyciu do Skjeggedalu, pożyczeniu sprzętu (300 nok), i ruszeniu w 6km spacer doliną polodowcową, po 1 godz i 10 min jesteśmy na miejscu. Miejscu, w którym zmieniamy wektor poruszania się poziomy na stopniowo pionowy.

Podejście było suche, jednak każdy krok w pierwszym odcinku prowadzącym przez las był stawiamy roztropnie. Przy większych nachyleniach pomagały liny. Po wyjściu z lasu i przeprawieniu się przez większe i mniejsze strumyki ruszamy doliną z małą rzeczką w kierunku pojawiających się na widnokręgu kupek kamieni, które leżą na dużych kamieniach od których się roi cała okolica. Skaczemy jak kozice górskie, dzielnie dążąc przed siebie. Docieramy po godzinie do tablicy, która oznajmia, że właśnie stoimy u podnóży himmelstigen. Wynika z niej, że oprócz prawidłowego używania sprzętu asekuracyjnego, rzeczą najważniejszą jest trzymanie 3m odstępu między uczestnikami wspinaczki. 

Obok tablicy jest skrzynka dla amatorów mocnych wrażeń, którzy nie wypożyczali sprzętu. Powinni oni zostawić pieniądze na utrzymanie trasy. Naszym oczom ukazuje się drabinka w skale, a obok niej linka asekuracyjna, od której może zależeć los dalszych wypraw ☺. 

Idziemy ostro w górę jednak zdarzają się też podejścia bardziej płaskie, jedynie z linami wspomagającymi. Wspinaczka idzie na tyle sprawie, że mijamy grupę 3 osobową, z którą później spotkamy się już na pionowej ścianie. Po 70 minutach świętujemy wejście na szczyt, gryząc słonecznik i pijąc herbatę. Jest godz 15.40. Z punktu, w którym się znajdujemy jest jedynie 1 km na trolltunga jednak czas wracać.

Sumując wszystkie stałe czasowe, które musimy pokonać w drodze do domu, ilość snu zmniejsza się dramatycznie. Ruszamy w dół niczym lawina śnieżna i w niecałe 2 godziny jesteśmy gotowi do spaceru doliną. Mijają nas ostatni amatorzy wspinaczki na rowerach (nasz budżet ich nie zakładał) i docieramy w końcu do parkingu. Uczucie błogostanu po wejściu do auta… bezcenne. Za około godzinę spotykamy się z resztą ekipy już przy wodospadzie prawie przecinającym drogę i ruszamy w długą drogę powrotną do domu.

 

Twoje uprawnienia nie pozwalają na dodawanie komentarza.